-

Marcin-K

Pierwszy dzień Pielgrzymki - Idziesz dalej albo zostajesz.

Ponieważ kilka miłych osób pod moją poprzednią notką zaapelowało do mnie o napisanie jednak kilku zdań wspominkowych z Pielgrzymek do Częstochowy, postaram się spełnić to zapotrzebowanie. Od razu zaznaczę, że są to wspomnienia osoby wówczas bardzo młodej (na pierwszej Pielgrzymce byłem w wieku siedemnastu lat), a ich czas przypadł na wczesne lata dziewięćdziesiąte. Pielgrzymki dziś zapewne wyglądają inaczej, choć nie sadzę, by były to różnice diametralne. Pamięć już lekko się wytarła, i mogę wszystkiego dobrze nie przekazać. Upraszam się więc o wyrozumiałość. Postaram się skleić różne wspomnienia z trzech Pielgrzymek, jakby to była jedna.

Ostatniej nocy przed moją pierwszą Pielgrzymką nie spałem prawie w ogóle. Emocje nie pozwoliły. Raz, że miałem spotkać wiele znanych mi osób z wcześniejszych wyjazdów Oazowych, dwa, że Pielgrzymka była dla mnie absolutną niewiadomą. Wiedziałem tylko, że będzie się dużo chodziło i modliło. Nie można było sobie obejrzeć Pielgrzymki na You Tube.

Start miał być 5 sierpnia o godzinie 5:30. Na Jasnej Górze mieliśmy być 14 sierpnia po południu. Dla młodego człowieka jakim wówczas byłem, wydawało się to łatwizną. Jak się później okaże, nie miałem racji.

Skoro świt stawiłem się z moim kumplem Darkiem na Placu Zamkowym. Zbierał się tam już bardzo duży tłum. Głównie były to osoby, które można określić jako młodzież. Od nastolatków do trzydziestolatków, wszak Pielgrzymka miała wyraźny status, czyli akademicki. Panowała tam atmosfera ogromnego entuzjazmu. Przez megafony grano piosenki religijne. Nie było mowy o żadnym plejbeku. Na czele każdej grupy zawsze szedł ktoś z gitarą akustyczną i ktoś kto dobrze śpiewa. Piosenki z Pelgrzymek pamiętam do dziś. Czasami byli to księża, czasami osoby świeckie.

Jak już wspominałem we wcześniejszej notce, zadziwiać mogła organizacja całego przedsięwzięcia. Momentalnie osoby specjalnie przeszkolone poustawiały grupy w odpowiednim szyku i kolejności. Można było ruszać.

Zerknąłem w necie, jak to wygląda teraz. Znów zasłonię się upływem czasu, ale wydaje mi się, że podział na kolory grup nieco się zmienił i cała trasa prowadzona jest również trochę inaczej. Ja szedłem w grupie czerwono-żółto-zielonej, teraz już takiej nie widzę. Te podziały były dosyć istotne. Ja wszystkie swoje Pielgrzymki przeszedłem w tych samych barwach. Dawało to dużą gwarancję na to, by każdego roku iść mniej więcej w tym samym gronie znanych już osób. Nie widziało się tych ludzi rok, nie było żadnych fejsbuków, komórek, więc okazja ponownego spotkania wywoływała zawsze duże emocje. Nasz Andrzejek, o którym też pisałem we wcześniejszej notce, aprowizator, człowiek wiedzący o Pielgrzymce i trasach dosłownie wszystko (nie było googla) miał swoje określenia robocze na każdą z grup. Na przykład na grupę żółto-zielono- żółtą mówił „jajecznica ze szczypiorkiem”. I takim kodem między sobą się porozumiewaliśmy. Co by się miało nie dziać, kolejność była taka sama. Przed nami „jajecznica ze szczypiorkiem”, za nami „Amarantowa”. Jak ktoś się zgubił w lesie idąc tam za potrzebą, mógł zawsze szybko dołączyć do swoich po kolorach.

Pierwszy etap pielgrzymki był najdłuższy. Było to bite 14 kilometrów, trzeba było się przebić za Warszawę. I to często było brutalne sprawdzam dla wszystkich nowicjuszy.

Początek był zawsze wspaniały. Potężna armada grup, jedna za drugą, ciągnęły przez ulice Warszawy. Pieśni śpiewane przez megafony sprawiały, że każdemu wydawało się, iż przeskoczy do Częstochowy jak Korzeniowski. Ludzie machali do nas z okien, wielu stało na chodnikach i pozdrawiało nas jak na jakimś Tour de France.

Szybko jednak przychodziła pierwsza słabość. Miejscy kibice znikali. Było za to coraz bardziej gorąco. W specjalnych regulaminach, jakie każdy pątnik dostał, stało wyraźnie, żeby brać ze sobą jak najbardziej wygodne obuwie. Obowiązywał też dress code. Żadnego łażenia bez koszulek, kobietom zalecano by się nie rozpędzały ze strojami. W tamtych latach jednak pojęcie „wygodne obuwie” brzmiało dość tajemniczo. Bo jakież mogliśmy mieć obuwie. Jakieś trampki, tenisówki, espadryle.

Każdy etap podzielony był na odpoczynki. Ten pierwszy był morderczy, pierwszy przystanek zarządzano po jakichś ośmiu kilometrach. Butelka z wodą skończyła mi się bardzo szybko. Wtedy też muzyka cichła i szło się miarowo bez zbędnego marnowania energii. Dosłownie runąłem na trawę na jakimś pasie zieleni, gdy nakazano postój. Wiele osób wtedy rezygnowało i widziałem to na własne oczy. Debiutanci czasami mieli wsparcie w postaci rodziców, jadących samochodami wolno za Pielgrzymką, która szybko pokazywała, że lekko nie będzie.

My z moim kumplem szliśmy w gronie znajomych, dla których była to często nawet i czwarta lub piąta Pielgrzymka. Nie mogliśmy pokazać, że pękamy, ale już pierwszy etap dał nam w kość. Mama mojego kumpla eskortowała go do tego pierwszego postoju, i tam kilkukrotnie pytała, czy na pewno chce iść dalej, bo był zielonkawy na twarzy. Zjedliśmy po kanapce zabranej jeszcze z domu, przepiliśmy herbatą z manierki, i w drogę.

Dodam tylko, że na następnej Pielgrzymce ten pierwszy trudny etap przeszedłem z dziecinną łatwością. Z każdym kolejnym razem jest w ogóle łatwiej.

Przepraszam, ale nie potrafię rzucać datami ani konkretnymi miejscówkami. Dni Pielgrzymki to mniej więcej trzydziestokilometrowe marszruty. Nie pamiętam, gdzie mieścił się pierwszy nocleg, ale było to już daleko za miastem, wśród chałup i kiepskich dróg. Doszedłem na ostatnich nogach. Starzy bywalcy Pielgrzymek szli ze śpiewem na ustach, jakby przeszli ledwie kilometr. Trzeba się było trzymać.

Mieliśmy nocować z moim kumplem Darkiem w jego maleńkim żółtym namiociku, który załatwił od jakiegoś wujka. Była to marna konstrukcja składająca się z dwóch, montowanych krzyżowo, tandetnych giętych profili i nie posiadała tropiku. Trzeba było odebrać swoje bagaże z ciężarówki, która czekała na pątników na miejscu. Wszystko odbywało się elegancko i bez pośpiechu. Tu znów powracam do świetnej organizacji.

Potem należało się umyć. No właśnie. Nie wiem jak teraz to wygląda, ale wówczas z tą higieną był pewien problem. Robiło się tak zwany ruski prysznic, gdzieś pod kranem z zimną wodą. Czasami ktoś załatwił gotowaną. Dziewczyny robiły sobie parawany z koców i myły się w pożyczonych miskach. Duża część myła się w domach okolicznych gospodarzy, którzy robili co mogli – jeśli komuś zależało na ultra-czystości na pewno mógł osiągnąć cel. Generalnie, radziliśmy sobie. Na pewno na Pielgrzymce trzeba nieco zejść z elegancji. Przy każdej grupie była ekipa wyposażona we wszystkie możliwe apteczki i gotowa do pomocy w razie obtarć, bąbli itp.

Zjedliśmy kolację przed namiotami. Kanapki z paprykarzem, pomidorami od gospodarzy. Zawsze towarzyszył nam wiejski chleb załatwiany przez nieocenionego Andrzejka.

Nawet na moment nikt nie mógł zapomnieć o tym gdzie jest. Dzień na Pielgrzymce wypełniony jest od świtu do zmierzchu modlitwą. O religijnym wymiarze Pielgrzymki więcej napiszę w jednej z następnych części.

Do pobudki zostawało już mało czasu. O 5:30 znów trzeba wstać, złożyć namiot, oddać go na ciężarówkę i ruszyć w nową trzydziestokilometrową trasę.

Pierwszej nocy padliśmy z Darkiem jak kłody. Ledwie przysnąłem, a obudziła nas nocna burza. Nasz maleńki żółty namiocik złożył się jak domek z kart. Oblepieni nim, chłostani przez wichurę i ulewę doczekaliśmy poranka. Jeśli podczas mojej pierwszej Pielgrzymki byłem choć przez chwilę gotowy zrezygnować, to było właśnie wtedy. Jeśli ktoś oczekiwał od księży jakiegoś coachingu, srogo się zawiódł. Uśmiechali się tylko, i dawali do zrozumienia, że trzeba być twardym a nie miętkim.

Potem przyszedł pierwszy pielgrzymkowy świt. O nim opowiem w następnej części.



tagi: pielgrzymka 

Marcin-K
4 sierpnia 2018 21:06
2     648    9 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gorylisko @Marcin-K
4 sierpnia 2018 21:53

bardzo dzień dobry opis...jakbym tam był i szedł i zmókł w tym namiciku... tak 3mać...

zaloguj się by móc komentować

bozenan @Marcin-K
5 sierpnia 2018 14:44

teraz już niestety można oglądać pielgrzymki na youtube, co zupełnie nie oodaje ani ducha, ani niczego. Nowe technologie i wynalazki gobią nas ciągle i depczą po piętach, ale jak tak czytam te wspomnienia i mam też w pamięci swoje, to życie nie jest ani łatwiejsze, a już napewno nie jest ciekawsze. 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować