-

Marcin-K

Smog, smog na ulicach i Plac Zawiszy

Moja trasa do pracy wygląda tak, że codziennie dwa razy jestem zmuszony zjawić się na warszawskim Placu Zawiszy. Jest to miejsce z wielu względów dla mnie ważne, ale zanim do tego dojdę, opowiem małą anegdotkę. Jakiś czas temu byłem świadkiem takiego oto dziwacznego zdarzenia.

Pewnego mroźnego poranka czekałem grzecznie na zmianę świateł, bo chciałem przejść na drugą stronę Alej Jerozolimskich, rozdzielonych w tym miejscu wyspą tramwajową. Jest to w ogóle miejsce niesamowite, za każdym razem, gdy tam jestem, zastanawiam się, jak to możliwe, że nie ginie na tym placu codziennie przynajmniej ze dwadzieścia osób. Sygnalizacja jest tam ustawiona bowiem tak, że nie da rady przejść z jednej strony arterii na drugą za, tak zwanym, jednym rzutem. Choćbyśmy szli szybciej niż Robert Korzeniowski, to i tak zaraz za wyspą tramwajową, tuż przed drugim pasem, złapie nas czerwone. Jest jednak wielu takich, którzy absolutnie nie zamierzają się poddawać. Widok biegnących przed siebie niczym stado jakichś oszalałych orangutanów ludzi wszelkiej płci i stanu wprost pod koła nadjeżdżających wrażych samochodów zwolnionych już przez zielone światło, tylko po to, by wśród zgiełku klaksonów i "ku..ew" rzucanych przez kierowców dostać się na drugi brzeg, a potem już wolnym wręcz leniwym krokiem, pomaszerować dalej, jest doprawdy wstrząsający. Wygląda to tak samo przy każdej zmianie sygnalizacji, bo ludzkie fale przelewają się tam non stop.

Tego dnia, który tu właśnie przywołuję, zwróciła moją uwagę pewna kobieta w okolicach trzydziestki trzymająca za rękę dziewczynkę, zapewne córkę. Kobieta ta miała założoną na twarz najprawdziwszą maskę anty-smogową. To było jednak mało. Czekając na zmianę świateł pani ta próbowała podobną maskę założyć też swojemu dziecku. Szło to opornie, bo dziewczynce najwyraźniej było z tą maską nie po drodze. W końcu jednak się udało. Zaświeciło się zielone, przeszliśmy w miarę spokojnie pierwszy pas - ramię w ramię, ja na prawej flance, a obok pani w masce wraz z pociechą.

Tuż za wyspą ciśnienie wzrosło. Sygnalizacja przed drugim pasem zaczęła gwałtownie migotać na żółto. Tłum zamruczał i poruszył się niczym woje pod Grunwaldem tuż przed atakiem. W odpowiedzi od strony Dworca Zachodniego zaświeciły się ostrzegawczo lampy samochodów, których kierowcy już za chwilę mieli dać gaz do dechy. Pani w masce zawisła wraz z córką tuż nad krawężnikiem, obserwując pierwszych śmiałków wkraczających właśnie ławą na asfalt, pomimo że czerwone dla pieszych już było w mocy. Widać było, że nie ma ochoty czekać w tym porannym chłodzie na kolejną zmianę świateł, ale nie była do końca pewna swojej odwagi i bezkompromisowości. W końcu coś w niej pękło. Pociągnęła córę za rękę, aż tej się maska przesunęła. Puściła się w galop, widząc już jak na dłoni upragniony drugi brzeg. Tymczasem od strony Ochoty wychylił się zza rogu żółto-czerwony Solaris. Kobieta w masce dosłownie na sekundę, będąc już z córką na środku jezdni, zawahała się, czy zdąży przed tym rozjuszonym kolosem, ale najwidoczniej był jej mniej straszny niż wszechobecny warszawski smog. Zerwała się do szarży. W jednej strasznej chwili zniknęły mi obie z oczu, a w tym miejscu pojawiła się sylwetka autobusu. Przymknąłem powieki, nie chcąc oglądać tragedii. Gdy je otworzyłem wszystko było na szczęście po staremu. Alejami mknęły masy samochodów, trupów nie było, a pani w masce, już na tej dobrej stronie, szła bez pośpiechu po chodniku, kierując się w stronę znajdującego się nieopodal przystanku autobusowego. Przystanęły ledwie na kilka sekund, by pani mogła poprawić córce przesuniętą maskę. Jak udało jej się przemknąć uniknąwszy najgorszego, do tej pory pozostaje dla mnie niespodzianką.

Przyznaję bez bicia, że sytuacja, którą tu opisałem zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Wiem, że dla wielu może nie mieć ona żadnego znaczenia. Jeszcze gorsze jest to, że choć bardzo chciałem się nią podzielić ze światem, to nie mam zupełnie pomysłu na jakieś konkretne jej „spłentowanie”. Są to jedynie jakieś mało precyzyjne odczucia związane z pewną dłuższą sekwencją wydarzeń. Otóż ponieważ jestem otoczony ludźmi, którym ten słynny już smog nie daje ani chwili spokoju i na każdym kroku o nim mówią, z dnia na dzień zauważam coraz więcej związanych z nim „artefaktów”. A to rosnąca ilość reklam różnych oczyszczaczy powietrza i anty-smogowych nawiewników do okien, wiszących w Warszawie najczęściej na nowych wiatach przystankowych, „podarowanych” ludowi stolicy przez pewną spółkę należącą do – tadam – grupy medialnej „Agora”, a to historie o polskich zombie zamieszkujących czynszówki tudzież ozdobione fragmentami potłuczonych talerzy gierkowskie „kostki”, którzy to zombie wieczorami schodzą do swoich piwniczek i tam z szatańskim uśmiechem na ustach palą starymi oponami. Moja koleżanka na przykład cały czas informuje nas, ile jest danego dnia jednostek skażenia, bo ma zainstalowaną w I-Phonie specjalną „apkę”. Pewnego dnia zabroniła nam uchylać okien, bo w „Dzień Dobry TVN” powiedzieli, że nie można tego robić za żadne skarby. Rzuciłem kiedyś nieopatrznie, że czekam na dzień, kiedy zobaczę na ulicy pierwszego durnia w masce anty-smogowej. Poczęstowano mnie za to chłodem. No, a potem, dosłownie kilka dni w przód, zjawia się ta babka, która nie bała się zaryzykować życia ani swojego, ani swojej córki, skacząc niemalże wprost pod autobus, ale która też, co by się nie stało, to i tak miałaby płuca jak miechy kowalskie.

Napisałem się o tym wszystkim strasznie dużo, a tekst pozostaje bez żadnej ciekawostki. I dopiero, gdy już zacząłem pisać, pomyślałem, że warto przenieść ciężar tej opowiastki na sam Plac Zawiszy.

A przecież na Placu Zawiszy mieszkał przez pierwsze kilka lat życia wraz z rodzicami, czyli moimi śp. dziadkiem i babcią, mój ojciec. Kamienica stała dokładnie tam, gdzie dziś stoi "chluba" warszawskiej architektury, czyli nad wyraz kolorowy (niegdyś, bo na szczęście nieco przez lata wypłowiał) hotel znanej marki. Żeby było zabawniej, to pracowałem lata temu w pracowni architekta, który był to dzieło współtworzył - miałbym ochotę coś więcej o nim napisać, ale się powstrzymam, zapewniam jednak, że byłoby wesoło.

Przypomniały mi się za to po raz setny opowieści ojca, jak to zaraz po wojnie władza ludowa, ta sama która elektryfikowała wsie i wprowadzała program zrównoważonego rozwoju na słusznie odebranych sanacji terenach, zabrała przy okazji ojcu dziadka masarnię, która mieściła się właśnie tam, gdzie dziś kaleczy oczy kolorowy hotel autorstwa mojego dawno już na szczęście byłego szefa. Ojciec opowiadał też, że na tym dzisiejszym dynamicznym, nowoczesnym i dręczonym przez smog warszawskim Placu Zawiszy, odbywały się jeszcze na początku lat 50-tych najprawdziwsze świńskie targi, a świnki taplały się w błocku i nikomu to nie przeszkadzało. Opowiadał mi też o świeżo zwiezionych z całej Polski ludziach, którymi zasiedlano nowe wówczas bloki na Ochocie – ponieważ najczęściej rodowody nowych Warszawiaków miały charakter czysto rolniczy, więc trzymali ci biedni ludzie, oderwani od swojego normalnego życia, w mieszkaniach zwierzęta hodowlane. Normalnym widokiem były kury dziobiące ziarno na balkonach.

W pewnej chwili jednak przypomniało mi się, że bardzo wielu ludzi, nawet Warszawiaków z drugiego pokolenia jest święcie przekonanych, że Plac Zawiszy to miejsce mające upamiętnić wspaniałego rycerza zwanego Czarnym. Prawda jest jednak zupełnie inna. Plac swą nazwę zawdzięcza Arturowi Zawiszy. Nie, nie. Nie chodzi bynajmniej o „tego” Artura Zawiszę, ale i tak jest równie ciekawie.

Coś mi się zawsze kołatało w głowie o tym Arturze. Wiedziałem, że to postać z okolic powstania listopadowego, i że chyba został za udział w nim pozbawiony życia. Postanowiłem sobie temat odświeżyć. Ruszyłem na Wikipedię niczym pani w masce na czerwone światła. Artur Zawisza był jak się okazuje niezłym asem. Nie będę się wdawał w szczegóły, ale nasz bohater przeszedł bardzo charakterystyczną drogę, którą chciałoby się złośliwie określić jako „czegewarystowską”. Od dobrze urodzonego w piernatach - syn Jana Gwalberta Cypriana Zawiszy, dziedzica dóbr Sobota, szambelana księcia warszawskiego – przez dobre wykształcenie, do, z uwzględnieniem różnorakich niuansów, zawodowego rewolucjonisty, i to z „Virtuti” w CV. „Virtuti” dostał, jak udało mi się dowiedzieć z odkopanego w necie artykułu na „Gościu Niedzielnym”, za m.in. wzięcie do niewoli 40 jeńców ze straży samego Paskiewicza. Ależ chwat ten Artur. Gdy powstanie upadło, Zawisza przeniósł się do Francji, by jeszcze później wrócić na ojczyste tereny, za nakazem Zaliwskiego, głównie po to, by brać udział w walkach partyzanckich. Jak się okazało słaby był z niego partyzant i 14 czerwca 1833 został złapany, osadzony, a na koniec stracony na warszawskim placu kaźni, czyli innymi słowy na dzisiejszym Placu Zawiszy. Nie miałem planu się w to wszystko zagłębiać, bo w żadnym razie nie czuję się ekspertem od historii i każde następne zdanie może sprawić, że coś pokićkam, ale gdy już miałem się z tej Wikipedii wynosić, to rzucił mi się w oczy pogrubiony cytat. Miał Zawisza tuż przed śmiercią zakrzyknąć:

"Gdybym miał sto lat żyć, wszystkie bym ofiarował mojej Ojczyźnie"

Skażony już natręctwem do szukania dziury w całym, zaskoczyła mnie ogromna teatralność tego wygłoszonego ponoć przez Zawiszę hasła. Żeby było weselej, w tym samym artykule z „GN” poświęconym 180. rocznicy śmierci Artura Zawiszy uroczyście obchodzonej w 2013 roku w Łowiczu, zacytowano łowickiego przewodnika PTTK (sic!), Zdzisława Kryściaka, wedle którego prowadzony na szubienicę Zawisza miał zerwać opaskę z oczu, umoczyć ją w krwi jednego z rozstrzelanych partyzantów i powiedzieć swoim carskim oprawcom: „zanieście ją mojej matce”. Pomyślałem więc: wiesz co, Artur? To ja jeszcze o tobie sobie poczytam.

Wikipedia wspomina o tym, że Zawisza mieszkając we Francji należał do loży wolnomularskiej "Trójcy Nierozdzielnej" oraz związku "Namiot Sekwany". Ach te loże, ach te loże. Ale nie zabawiajmy się w doktora Krajskiego. Bardziej niż loże zainteresowało mnie jednak uczestnictwo Zawiszy w emigracyjnym Towarzystwie Demokratycznym Polski. Wiem, że być może przywołuję znane tu wszystkim fakty, ale dla mnie, laika, było to bardzo ciekawe doświadczenie czytać o tym TDP. Miałem jakieś dziwne przeczucie, że jak tak będę skakał schodek po schodku niżej, to w końcu znajdzie się jakaś ciekawostka, którą będę przynajmniej miał szansę obronić ten mało konkretny, a przy tym nieprzyzwoicie kobylasty tekst. No więc czytam w notce poświęconej TDP, że powstała ona w 1833 roku, a w jej pierwszym manifeście „zakładano  konieczność radykalnych reform społecznych w przyszłej Polsce, a klęskę powstania upatrywano w konserwatyzmie szlachty”. Potem niby powstał drugi manifest, już nie tak ostentacyjnie reakcyjny, ale tak czy siak, całe szefostwo TDP, po tym jak upadła „rewolucja krakowska” i szereg innych rewolucyjnych eventów z Wiosną Ludów na czele, zwinęło, jak by to powiedział mój ojciec, dupę w troki i przeniosło się, uwaga, uwaga, do Londynu. Tych wypadków rzecz jasna już Artur Zawisza nie miał szansy doczekać.

Wikipedia na koniec oznajmia nam, że: „Z czasem z TDP wyłoniły się radykalne programowo Gromady Ludu Polskiego (Grudziąż, Humań i Praga), próbujące realizować zasady socjalizmu utopijnego. Część emisariuszy została tzw. burzycielami chłopów". No więc i burzyciele chłopów, i Londyn, i masoneria, i wiele innych smakowitości się tam też znalazło w tym kociołku.

Wszystko co dowiedziałem się o Zawiszy, jest, jak widać, strasznie suche i zarazem intrygujące, bo zostało to zatopione w czymś w rodzaju patriotycznego bursztynu, jako równie patriotyczna pra-mucha do podziwiania w podziemiach naszych kochanych uniwersytetów, bardzo niechętnie wyciągana z tych kazamatów tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma nikogo dociekliwego. Wszak równie interesujące jest to, że Plac Zawiszy stał się Placem Zawiszy w roku 1929, kiedy to popyt na bezkompromisowych bohaterów ludowych coraz bardziej się wzmagał. Wikipedia nie powstrzymała się od przypomnienia, że to właśnie tam zastrzelono, złapanego wcześniej w kocioł, przedwojennego komunistę Henryka Gradowskiego. Rzecz działa się w 1932, ale upamiętniający do wydarzenie pamiątkowy kamień zainstalowany przy Placu Zawiszy w 1957 roku usunięto dopiero - olaboga - w roku 2005, o czym Wikipedia informuje, chciałoby się rzec, w tonie jednoznacznie neutralnym. Ja przynajmniej tak to czuję, ale być może nawdychałem się za dużo smogu.

Po wojnie nikt nazwy placu nie ruszał, bo przecież Artur walczył ze złym caratem. Pamiętamy Janka Kosa, który sprezentował Olgierdowi, potomkowi wyrzuconych na Syberię powstańców, nóż z wyrzeźbionym na nim powstańczym hasłem. Na to wszystko wjechał walec III Rp ze swoim systemem szkolnictwa i wyrównał. Przeciętnemu obywatelowi tejże III Rp, czy to w masce anty-smogowej, czy też nie, Plac Zawiszy i tak kojarzy się dziś z rycerzem z dawnych opowieści zwanym Czarnym, albo, co jeszcze gorsze, z kolorowym nad wyraz hotelem znanej marki.

Mam nadzieję, że jakoś wybrnąłem...


 



tagi:

Marcin-K
28 stycznia 2018 19:27
11     618    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
chlor @Marcin-K
28 stycznia 2018 19:45

No wybrnąłeś jakoś.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @Marcin-K
28 stycznia 2018 19:55

rozbiegówka stanowczo za długa (o smogu i autobusie)

zaloguj się by móc komentować


Marcin-K @stanislaw-orda 28 stycznia 2018 19:55
28 stycznia 2018 20:06

No wiem, wiem, ale od tego się zaczęło.

zaloguj się by móc komentować


Robo @Marcin-K
28 stycznia 2018 21:27

Dzieki ,zawsze bylem przekonany ,ze chodzilo o Czarnego. Warszawa wciaz zaskakuje.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Marcin-K
29 stycznia 2018 07:23

Z tego spokojnie mogły być 2 notki :) 

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Marcin-K
29 stycznia 2018 07:25

P.S. ta pani w masce z pewnością jeździ tłustym SUVem w dieslu. Ta koleżanka z apką w Ajfonie też. 

zaloguj się by móc komentować

Marcin-K @Grzeralts 29 stycznia 2018 07:25
29 stycznia 2018 09:19

Pani w masce raczej wyglądała (już nie chciałem tego opisywać, bo i tak było za długo) na wychowaną na Wyborczej ekolożkę. Pewnie jeździ do pracy rowerem jak jest ładna pogoda i na obad je kiełki. No i nienawidzi księży, co to się chcą mądrzyć o czymś czego sami nie robią. A SUVem zapewne jeździ jej mąż informatyk, albo szyszka w jakiejś spółce skarbu państwa. Znam takie pary.

Co do koleżanki z ajfonem, ech chętnie bym o niej poopowiadał, gdzie jest rodzinnie podwieszona, ale nie chcę tego robić, bo to już by było nieeleganckie.

zaloguj się by móc komentować

Marcin-K @betacool 28 stycznia 2018 21:05
29 stycznia 2018 09:21

Fajnie się czyta takie pogłębione materiały o wydarzeniach, które wtłoczono nam w głowy jako zestaw edukacyjnych slajdów. 

zaloguj się by móc komentować

Marcin-K @Robo 28 stycznia 2018 21:27
29 stycznia 2018 09:21

No to mam na koncie kolejnego uświadomionego:)

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować